Czy zastanawialiście się państwo kiedyś, jak blisko nas bije serce światowej gospodarki? Nie w Brukseli, nie w Waszyngtonie i nawet nie na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. To serce pulsuje w rurociągach i na szlakach handlowych Bliskiego Wschodu. Dziś, patrząc na eskalację konfliktu angażującego Izrael, USA i regionalnych graczy, mam nieodparte wrażenie, że stoimy przed witryną sklepową, w której ktoś właśnie zaczyna podmieniać metki.
Moim zdaniem, optymizm tych, którzy wierzą w "lokalny charakter" tych starć, jest naiwnością. Skutki tej wojny odczujemy wszyscy - i to nie w sferze abstrakcyjnej geopolityki, ale bezpośrednio w portfelu.
Efekt domina: Od baryłki do bochenka
Zacznijmy od podstaw, czyli od transportu. Często słyszymy, że ceny paliw na stacjach są "stabilne" dzięki interwencjom czy zapasom. To jednak tylko pudrowanie rzeczywistości. Ropa naftowa to krwiobieg nowoczesnej gospodarki, a każda rakieta spadająca w pobliżu infrastruktury wydobywczej podnosi jej ciśnienie.
Problem polega na tym, że transport to koszt ukryty w absolutnie każdym produkcie. Kiedy kupujesz w osiedlowym sklepie zwykłe ciastko, płacisz za:
Transport mąki z młyna do piekarni.
Dostawę cukru, jajek i tłuszczu.
Logistykę opakowań.
Finalny dowóz gotowego produktu do sklepu.
Jeśli cena paliwa wzrośnie o kilkanaście procent, ten łańcuch nie pęknie – on po prostu stanie się droższy na każdym ogniwie. To klasyczna spirala, której nie zatrzymają czasowe obniżki marż przez państwowe koncerny.
Druga pochodna inflacji, czyli dlaczego będzie szybciej
Pamiętacie państwo matematykę ze szkoły średniej i pojęcie pochodnej? Pozwolę sobie na małą analogię. Jeśli cena to funkcja, to inflacja jest jej pierwszą pochodną – mówi nam, czy ceny rosną. Obecnie, przy inflacji oscylującej w granicach 2-3%, wydaje się, że sytuacja jest pod kontrolą.
Jednak to, co dzieje się na Bliskim Wschodzie, uruchamia drugą pochodną – tempo wzrostu zaczyna przyspieszać. Paliwo pod nową falę drożyzny zostało już rozlane poprzez wcześniejsze obniżki stóp procentowych i pompowanie pieniądza w rynek. Teraz wystarczy iskra w postaci trwałego odcięcia szlaków na Morzu Czerwonym lub zniszczenia rafinerii, by tempo wzrostu cen znów wyrwało się spod kontroli. Wojna to najpotężniejszy katalizator drożyzny, jaki zna historia.
Gaz i nawozy: Cichy zabójca domowego budżetu
O ile o ropie mówi się dużo, o tyle gaz bywa pomijany. A to błąd. Mniej gazu na rynku lub jego wyższa cena to automatycznie droższe nawozy sztuczne. Rolnictwo bez nawozów nie istnieje, a droższe nawozy to wyższe ceny zbóż. To czysta fizyka ekonomiczna:
Droższy gaz = Droższe nawozy.
Droższe nawozy = Wyższe koszty upraw.
Wyższe koszty upraw = Droższa żywność na półkach.
Dodajmy do tego branże energochłonne – hutnictwo, produkcję szkła czy chemię. Każdy remont mieszkania, każda nowa szyba w oknie czy plastikowe opakowanie będą nosić w sobie "podatek wojenny" ściągany tysiące kilometrów stąd. Nawet OZE, choć ambitnie rozwijane, w krótkim terminie nie załatają dziury po tanich surowcach kopalnych w dobie kryzysu.
Podsumowanie: Czy jesteśmy gotowi na "rachunek za niepokój"?
Wojna nie jest już widowiskiem w wieczornych wiadomościach. To realna siła nabywcza naszych pensji. Możemy udawać, że wydarzenia na Bliskim Wschodzie nas nie dotyczą, ale paragon w supermarkecie szybko wyprowadzi nas z błędu. Płacimy za tę wojnę tutaj, na miejscu, za każdym razem, gdy przykładamy kartę do terminala.
Pytanie do Państwa: czy zauważyliście już pierwsze symptomy tych zmian w swoich codziennych wydatkach, czy może uważacie, że strach ma wielkie oczy, a polska gospodarka wyjdzie z tego obronną ręką? Zapraszam do merytorycznej dyskusji w komentarzach.
